• Wpisów:27
  • Średnio co: 120 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 09:52
  • Licznik odwiedzin:11 094 / 3382 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
  • awatar Gość: Well I guess I don't have to spend the weekend firnuigg this one out!
  • awatar Gość: That's a knowing answer to a diflucift question
  • awatar Gość: That insight solves the prlomeb. Thanks!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
... Medley Perfect
wideperfect.pinger.pl/m/10443291/konkurs-do-wygrania-oryginalne-blekitne-conversy
  • awatar Gość: It's imivtarpee that more people make this exact point.
  • awatar Gość: Kick the tires and light the fires, problem oflfciaily solved!
  • awatar Gość: What I find so intetesring is you could never find this anywhere else.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Póki co wiadomo, że wycofane zostaną niektóre kolory cieni do powiek:
mono eyeshadow - 14, 24, 36-41, 43, 44, 46, 47, 49
colour & shine - 09 and 10

Ja tam w ogóle nie przepadam za cieniami z essence... Super wybór kolorów i ceny niezłe, ale co z tego, skoro pigmentacja DENNA i niska trwałość Więc za nimi tęsknić nie będę. A Wy?

EDIT:
szminki 03, 33, 43
błyszczyki xxxl shine 13, 16
błyszczyk xxxl shine Nudes 01
długotrwałe błyszczyki stay with me 04-06
  • awatar Gość: That hits the target dead ceernt! Great answer!
  • awatar Gość: Hot damn, lokoing pretty useful buddy.
  • awatar Gość: This is both street smart and ineitlegtnl.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
W drugim tygodniu lutego zamierzam składać zamówienie w sklepie helfy.pl . Jeśli któraś z Was jest z Trójmiasta i chciałaby zrobić wspólne zamówienie, czekam na PW lub komentarz
  • awatar Gość: The truth just shines thugorh your post
  • awatar Gość: Hey, that's the graesett! So with ll this brain power AWHFY?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Niestety, historia moich problemów z Internetem urosła już do objętości epopei, więc chwilowo prowadzenie tego bloga stało się niemożliwością. Na razie pozwolę mu tutaj jeszcze powisieć, a później podejmę decyzję czy go tak zostawić, czy jednak usunąć... Jednak w miarę możliwości postaram się odwiedzać Wasze blogi regularnie, bo od czytania ich trochę się uzależniłam

Tymczasem - cześć i czołem, miło było. Trzymajcie się ciepło
 

 
Na mojej stancji w Gdyni odcięto nam Internet, a pewnej chwili także telefon... Ten ostatni już wrócił, ale na normalny dostęp do Sieci pewnie sobie jeszcze poczekam... Dziękuję firmie *Netia*, czyli najbardziej nieuporządkowanej bandzie niedoinformowanych leniwców, jaką znam. Koszmar, nie polecam tej firmy NIKOMU.

Teraz zjechałam do domu na Gwiazdkę i właśnie nadrobiłam Wasze wpisowe zaległości. Zakładek było chyba ze dwadzieścia o.O

Ponieważ paaadam z nóg z powodu nauki, imprezowania, grypy żołądkowej i podróży z 3m, na razie wpis na szybciocha, czyli biorę udział w następujących konkursach:

*rozdanie u Lookbooky*
http://lookbooky.pinger.pl/m/9506278/sylwestrowe-rozdanie

http://sionnaine.pinger.pl/m/8830475/iv-wydanie-candy

http://annpaznokcie.pinger.pl/m/9316300/rozdanie

http://fioletowa-optymistka.pinger.pl/m/9131006/najwiekszy-konkurs

http://avillson.pinger.pl/m/9160655#comment17575925
  • awatar Gość: I am forever indebted to you for this innitmaroof.
  • awatar Gość: Walking in the prcenese of giants here. Cool thinking all around!
  • awatar Gość: Haha, shouldn't you be charging for that kind of kngoledwe?!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Uczyłam się cały dzień - wiem, powinno się robić przerwy, przewietrzyć i tak dalej, ale i tak jestem podchorowana, więc siedzę w domu. Czy właściwie na stancji.

Lubię sobie zajrzeć w odmęty internetu co najmniej dwa razy dziennie - rano i wieczorem, przed snem. Dziś zajrzałam i dowiedziałam się już co będzie moją nagrodą w konkursie Essence, który wygrałam

Zdjęcie nie moje, tylko z essence'owego forum, na którym wypowiedziała się inna ze zwyciężczyń - ale zawsze wszyscy dostają taki sam zestaw, więc wiem, że dokładnie taka paczka do mnie pędzi.

Napisałam "zawsze" nie bez kozery - jest to już trzeci konkurs Essence, który wygrałam w trakcie raptem rocznej aktywności na forum.

Pierwszy wygrałam nieco ponad rok temu. Wierszyk o moich ulubionych kosmetykach tej firmy bardzo się spodobał użytkowniczkom, a skoro zostałam nagrodzona - zapewne też organizatorom Dostałam zestaw kosmetyków, które były wówczas akurat wycofywane:

Drugi konkurs wygrałam jakiś miesiąc temu. Trzeba było napisać o swoim ulubionym manikiurze, a szczęśliwcy dostali takie oto zestawy z limitowanki Nails In Style (znowu zdjęcie z forum):

Trzeci konkurs polegał na wgraniu swojego zdjęcia w makijażu halloweenowym. Pokażę Wam fragmenty mojego - fragmenty, bo z zasady nie pokazuję swojego pyszczka w Sieci. Odważyłam się tylko na konkurs i raczej w przyszłości nie zamierzam tego zbyt chętnie powtarzać
Jak może niektóre z Was kojarzą, jest to makijaż stylizowany na Santa Muerte. A nagrodą, jak widać na pierwszym zdjęciu, są kosmetyki z TE "50's Girls Reloaded"

Na forum Essence zapraszam Was z całego serca:
http://en.essence-beautyfriends.eu/beauty-talk/beauty-forum/

Inna strona, którą mogę Wam polecić, to Rossnet, gdzie w zakładce "Konkursy" można znaleźć wiele ciekawych rozdań:
www.rossnet.pl/konkursy/?contrixId=9700004

Przykładowo, wczoraj odebrałam z Rossmanna w Batorym moją pierwszą zdobytą u nich nagrodę: mikrozestaw kosmetyków Bourjois wart około stu złotych Odpowiedziałam na pytanie w rodzaju "Jaki jest Twój sposób na zmysłowe spojrzenie" i wygrałam:
http://wizaz.pl/kosmetyki/produkt.php?produkt=46510&;next=1
i paletkę cieni do smokey eyes w kolorze 12, gris lilac ("szary wrzos". Z maskary bardzo się cieszę, natomiast z cieniami mam zgryz. Nie muszę ich nawet otwierać, żeby widzieć, że to nie mój kolor Mam jasną cerę i wieczne cienie pod oczami, więc w fioletach wyglądam jak zombie... Może któraś z Was by je ode mnie odkupiła? Z tego co widzę, to kosztują około 50 zł, ja mogę odstąpić za 40, a jeśli jesteś z Trójmiasta to możliwy jest darmowy odbiór (osobisty) W razie czego zachęcam do pisania na PW.

Ale NAJBARDZIEJ to zachęcam Was do brania udziału w konkursach! Ja i moja Mama często w nich wygrywamy, a niemal równie często słyszymy teksty typu "Zazdroszczę ci, ja to nie mam do tego szczęścia..." od osób, które nic w tym kierunku nie robią. A jak głosi hasło (znienawidzonego przeze mnie) Lotto - żeby wygrać, trzeba grać!

Z miejsca odradzam Wam wszelkie konkursy SMSowe, wysyłanie rozwiązań z krzyżówek albo wysyłanie odpowiedzi na jakieś banalne pytanie ABC. Tam o wygranej decyduje losowanie, więc szanse są malutkie, poza tym - SMSy kosztują, nieraz słono.

Ponadto, nie polecam konkursów w rodzaju "Jesień z IS" na Rossnecie ( http://www.rossnet.pl/konkursy/konkurs.aspx?contestId=1023 ). W tym konkursie, jak i w wielu innych, o wygranej decydują głosy ludzi. W związku z tym wygrywają je ci, którzy mają czas i chęć, by molestować znajomych o głosowanie na nich - zupełnie niezależnie od rzeczywistej wartości ich "dzieła". Dlatego znowu, normalny człowiek zajęty pracą/studiami/ŻYCIEM ma niewielkie szanse na zwycięstwo.

Konkursy, jakie polecam, to takie jak chociażby "Ekstremalne emocje z dezodorantami". Czyli takie, w których trzeba się jakoś wykazać, napisać parę zdań od siebie, a decyzję o wygranej podejmuje jakaś komisja. W takich konkursach wygrałam trzy razy w ciągu ostatniego miesiąca, a w życiu pewnie z dziesięć albo więcej. Więc polecam

I ponawiam ofertę sprzedaży cieni. Jeśli jesteś spoza 3m, czyli dojdzie Ci koszt przesyłki, to zawsze możemy się dogadać

xoxo,
Przeszczęśliwa P.
  • awatar Gość: donaWitam. ja mam juz dwojke dzceii i zdecydowalam sie na spiralke. mam ja od miesiaca,ale sama nie wiem czy to dobry wybor. Wprawdzie sex jest super bo bez stresu, ale odkad ja zalozylam non stop krwawie. Nie mam zadnych innych dolegliwosci,ale to krwawienie mnie wykonczy wiec nie wiem czy nie zrezygnuje!
  • awatar Gość: ewelinadziewcyzny po co sie tak meczycie?? splraika to aborcja a poza tyym cierpicie przez to!!! dajcie sie spokoj, uzywajcie prezerwatyw, co facet nie chce??? to niech sie wypcha!!! najwazniejsze jest Wasze zdrowie- wy rodzicie wiem cos o tym bo mam coreczke, cierpicie uslugujecie facetom, dlaczego tak sie dajecie??? badzcie rozsadne- nie zakladajcie spiralek dla wygody mezczyzn bardzo was prosze!!!
  • awatar Gość: MadziaMam spirtalc499 juz 3 lata i do tej pory uwac5bcac582am jc485 za cwduonc485 antykoncepcjc499,ale niestety pomylic582am sic499.Wc582ac59bnie dzic59b w Dziec584 Matki dowiedziac582am sic499 c5bce jestem w cic485c5bcy po raz trzeci a nie planowalic59bmy trzeciego dziecka.I teraz mamy z mc499c5bcem dylemat czy pozostawic487 wkc582adkc499 i poczekac487 na rozwc3b3j wydarzec584 czy usunc485c487 wkc582adkc499(wc3b3wczas istnieje ryzyko poronienia).Muszc499 jak najszybciej podjc485c487 decyzjc499,ale ktc3b3ra bc499dzie sc582uszna.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (14) ›
 

 
Data powstania: maj 2007
Miejsce powstania: Trójmiasto
Gatunek: Alternatywa, indie, rock, post punk (?)
Dyskografia: EP „Gentleman!”, LP „Opowiem Ci Kilka Historii”

Zespół ten poznałam 7. marca 2009 r., gdy grali w klubie Ucho jako support przed koncertem mojego ukochanego zespołu, Lao Che. Od tamtej pory raz na jakiś czas mam na niego krótkie fazy, bo chociaż nie jest jakoś powalający na kolena, ma jednak w sobie wielki potencjał.

Planowałam napisać o nich posta już jakiś czas temu, a już całkiem zdecydowana byłam, gdy zobaczyłam ich pierwszy teledysk – „Samoloty”.
Co mogę powiedzieć o tym zespole? Mają fajne, wpadające w ucho kawałki. Błędem byłoby nazwanie ich „lekkimi”, bo w gruncie rzeczy to są dosyć smutne teksty i momentami naprawdę przygnębiające melodie... Ale z drugiej strony, nie jest to jakieś bardzo ambitne granie – ot, takie rockowe przytupajki

Teksty, jak mówiłam wcześniej, raczej poważne aż do porządnie dołujących. Większość śpiewana jest po polsku i wtedy, niestety można wyczuć momentami pseudopoetyckie zapędy. Na szczęście do słynnych linijek „W pustej szklance pomarańcze/to dobytek mój” Feela nawet się nie zbliżają, więc ja im te wpadki wybaczam Na LP pięć z dwunastu utworów jest po angielsku i wtedy utwory zyskują trochę na głębi, ale tracą na estetyce – polski akcent jest dość wyraźny. Ale na szczęście moje ulubione kawałki, czyli „Samoloty”, „Soho” i „Ego” są po polsku, więc nic nie psuje mi delektowania się nimi (wersja z EPki, bo nie udało mi się znaleźć najnowszej)

Warto też dodać, że Gentleman! koncertuje dużo, fajnie i często w rodzimym Trójmieście (oczywiście nie tylko). Ja widziałam ich na razie tylko dwa razy, bo w Gdyni mieszkam tylko w roku szkolnym/akademickim, a wtedy nie mam za bardzo czasu na wyjścia... Ale osoby z nieco luźniejszych kierunków niż mój zachęcam do pójścia na ich koncert Nie powiem, żeby nawiązywali jakiś mega kontakt z publicznością, ale po prostu wyraźnie słychać, że wokalista Michał Toś UMIE śpiewać, a płytki to nie zremasterowana, wyczyszczona wersja, która z jego oryginalnym wokalem nie ma już nic wspólnego. Bardzo cenię to w zespołach i chyba dlatego tak bardzo lubię chodzić na koncerty

Zainteresowanych odsyłam do ich stron na:
Last.fm http://www.lastfm.pl/music/Gentleman!
MySpace http://www.myspace.com/gentlemanpl
  • awatar Gość: That's cleared my thoughts. Thanks for cobitinurtng.
  • awatar Gość: Aprlepntay this is what the esteemed Willis was talkin' 'bout.
  • awatar Gość: Pin my tail and call me a doeykn, that really helped.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Robiłam ostatnio porządki w kosmetykach i stwierdziłam, że mam ich... sporo. Sporo jak na kogoś, kto uparcie twierdzi, że preferuje w miarę naturalny wygląd i nie wydaje na kosmetyki dużych pieniędzy

Dziś przedstawiam mój niezbędnik do pielęgnacji dłoni
Nie od dziś wiadomo, że piękne i zadbane dłonie są wizytówką kobiety, więc pewnie nikogo nie dziwi, że i ja o nie dbam. Do pakietu podstawowego na pewno zalicza się krem do rąk. Ja mam świetny produkt z serii *Avon Planet Spa – afrykański krem do rąk i paznokci z masłem shea*. Bardzo lubię go za dobre działanie, szybkie wchłanianie oraz bardzo apetyczny zapach palonego cukru. Od razu ostrzegam – nie każdemu musi przypaść on do gustu, a jest bardzo intensywny! Minusem jest na pewno rzadka konsystencja.

Krem ten nakładam normalnie w ciągu dnia, a gdzieś raz w tygodniu smaruję jego grubą warstwę na noc i zakładam do tego *rękawiczki do pielęgnacji Essence*. Bardzo fajna sprawa, polecam.

Gdy robię sobie taką całonocną kurację, paznokcie smaruję innym genialnym produktem *Essence – oliwką do paznokci*. Teoretycznie jest ona tylko od odżywiania pazurków i przyspieszania ich wzrostu, ale ja używam jej jednocześnie jako oliwki do skórek i tu na pewno sprawdza się doskonale.

Do zmiękczania skórek używam jej około raz w tygodniu, po czym dokańczam zabieg przy pomocy *patyczków z palisandru* - również z Essence. Trudno porównywać jakość patyczków różnych firm, ale te zdobyły mnie swoim estetycznym, poręcznym opakowaniem. Klasa.

Po odżywieniu i zmiękczeniu paznokcia następuje czas na jego opiłowanie – skrócenie i nadanie odpowiedniego kształtu. Do tego używam *szklanego pilniczka z Constance Carroll*, który dobrze piłuje i nie rozdwaja paznokci. Potem przychodzi czas na *poczwórny pilnik Essence*. Powierzchnia do skracania starcza na bardzo krótko, ale pozostałe trzy służą mi już trzeci rok. A w torebce mam zawsze niewielki pilniczek z *TE „I love Berlin”*. Wszystkie trzy wymienione akcesoria mają lekkie, plastikowe etui.

Tak przygotowane paznokcie pokrywam zawsze odżywką. Jeśli zamierzam je później pomalować, to wybieram *Essence Ultra Strong nail hardener*. Jeśli nie, to stawiam na *Eveline z diamentem i tytanem*. Ma ona śliczny, mleczny kolor, który po dwóch-trzech warstwach daje piękny efekt wybielonej płytki paznokciowej. Prawdziwe cudeńko

Lakier/odżywki zmywam zmywaczem z Rossmana. Mój faworyt to *Isana z olejkiem migdałowym*. Uwierzcie lub nie, ale trzymam w każdej szufladzie kilka wacików/chusteczek nasączonych tym zmywaczem! Po ulotnieniu się acetonu (który zawiera, niestety...) pozostaje na nich piękny, słodki zapach, do którego mam słabość. Na paznokciach utrzymuje się również, chociaż dużo krócej (wiadomo – mycie, malowanie itd.).

Następnie przeciągam pod paznokciem *wybielającą kredką do paznokci Essence*, co daje mój efekt podobny do francuskiego manikiuru. Jest to mój ulubiony typ stylizacji paznokcia, jednak zdecydowanie nie mam czasu na bawienie się z paseczkami itd., więc zadowalam się takim niby-frenczem.
Czasami (jak na zdjęciu powyżej) muszę drastycznie skrócić paznokcie – a to z powodu jakichś ćwiczeń na uczelni, a to z powodu pękniętego paznokcia... Wtedy porzucam nawet najlepszy pilnik na rzecz starych, dobrych nożyczek do paznokci. Ja kupiłam swoje w *Rossmanie (seria For Your Beauty)* i są z porządnej stali z Solingen, więc posłużą mi lata.
Uff, i to by było na tyle! Trochę tego się zebrało, ale z drugiej strony – większość z tych rzeczy starcza mi na dłuuugie miesiące, więc chyba jednak nie przepuszczam na moje dłonie jakichś gór złota

A na koniec dodaję piosenkę, bo akurat słucham takiej z dłońmi w tytule
  • awatar Gość: Witaj, cyrkoni się nie zaipata bo są za grubeja daję kropelkę nabłyszczacza, na to lokuje cyrkonię, 10sekund w lampie i nabłyszczacz na całość, i na minute do lampy, ale mozesz tez dawac kropelke kleju a potem nablyszczacz, jednak ja kleju nie polecam gdyz jak na nablyszczacz kleisz to dopf3ki reka jest poza lampą to mozesz zmieniac polozenie cyrkoni
  • awatar Gość: Hej:) dzięki za miłe słowa:)To są miejscowości w ktf3rych nie miałabym prbolemu z noclegiema zorganizowanie kursu to kwestia tylko dobrej organizacjiPotrzeba zebrać się w 5-6 osf3b, z tego samego tematu, czyli żelowe przedłużanie na przykład, I stopień,ja Olsztyna dobrze nie znam, ale jak Ty jesteś z Olsztyna to podejrzewam że znasz fajne miejsce w ktf3rym można się spotkać, gdzie będą stolikiLampy UV i lampki na biurko każda z kursantek powinna zapewnić sobie, modelki rf3wnieżżele i resztę rzeczy zapewniam ja osobiście Więc jeśli znasz jeszcze kogoś kto jest chętny na I stopień czy rf3wnież II stopień, to oczywiście możemy taki kurs zorganizować w Olsztynie Zapraszam rf3wnież, piszcie do mnie na gg: 13397440, lub skype: magdalenajasionowska.pli wystarczą dobre chęci i możemy się pięknie zorganizować:)Ja z mojej strony oczywiście zapewniam MEGA wiedzę:) oraz przy takiej grupie osf3b ciut więcej godzinek niż na kursie całkowicie indywidualnym:):):)Ale jeżeli oczywiście nie stanowi dla
  • awatar Parseltongue: Ja kupiłam normalnie w Naturze w Gdyni, tej na Świętojańskiej. Jeśli Ci serio zależy, to zawsze mogę na nią zapolować i Ci przekazać ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
Jedna z moich ulubionych potraw obiadowych, a przy tam tak łatwa, szybka i tania, że doprawdy – czego chcieć więcej? ^^

Najpierw *składniki* :
1 pierś z kurczaka (tak na oko - półkilowa)
3 czubate łyżki mąki pszennej
3 łyżki tartego sera
3 jajka
3 łyżki majonezu (wyjdą i bez niego, ale naprawdę lepsze są z nim)
przyprawy (np. czerwony Delikat - fajnie pasuje)
*bonusy* – a to cebulka, a to jakieś skwareczki, a ja na przykład bardzo chętnie dodaję... wiórki kokosowe!

*Wykonanie* jest proste jak schemat cepa:
Pokroić pierś najdrobniej jak się da. Hojnie przyprawić i najlepiej odłożyć na chwilę, by mięso przeszło aromatem. Wymieszać z pozostałymi składnikami. Na rozgrzaną patelnię nakładać niewielkie „kleksy” mieszaniny i smażyć na rozgrzanym tłuszczu.
(niewielkie, to znaczy hm... o średnicy mniej-więcej pięciu centymetrów)

Usmażony kotlecik wygląda tak:
A skąd ta nazwa? Otóż, z takiej porcji składników wychodzi cały pełen talerz kotletów, na dodatek bardzo sycących. Kiedy z moją mamą pierwszy raz wypróbowałyśmy ten przepis (ho ho, chyba ze trzy lata temu ), to byłyśmy pod wrażeniem tego małego *„oszustwa”* czyli zapchania żołądka mąką, serem i jajkiem. Nazwa powstała właściwie sama z siebie, kiedy prosiłam „zrób na obiad kotlety z piersi, ale wiesz, te oszukane”
Życzę smacznego!
  • awatar Gość: Stands back from the keyboard in amzenmaet! Thanks!
  • awatar Gość: Hot damn, loinkog pretty useful buddy.
  • awatar Gość: That's a clever answer to a tricky qutiosen
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Chciałam post z przymrużeniem oka zacząć linkiem do słynnej już reklamy *Sagi*, ale niestety! udało mi się dokopać jedynie do parodii, i to raczej miernych. Ale wiecie o co chodzi.

Jakkolwiek kuriozalny wydaje się być ten spot, to zawiera on jednak pewną *ważną prawdę* – herbata jest napojem, który jak żaden inny idealnie nadaje się do wspominek, relaksu i nostalgii... Jest to jeden z wielu powodów, dla których stanowi ona dobre trzy czwarte przyjmowanych przeze mnie płynów w ciągu dnia

*Herbata* jest:
- pyszna
- zdrowa
- tania
- pobudzająca lub relaksująca, zależnie od wyboru
- rozgrzewająca!

Lekarze radzą przyjmować 1,5-2 l płynów dziennie, przy czym słodkie napoje i tym podobne powinno się z diety wyłączyć całkowicie. Niektórym wygodnie jest pić po prostu sześć-osiem szklanek wody dziennie. Innym – nosić przy sobie cały dzień butelkę wody i co jakiś czas z niej popijać. Ja jednak zamiast zwykłego *H2O* wolę pić herbatki i ewentualnie soki 100% albo przecierowe. Jednak herbata zawsze zajmuje pierwsze miejsce

Zanim opiszę moje ulubione rodzaje herbaty, zacznę od wyjaśnienia ciekawej rzeczy. Otóż, wszystkie typy herbat pochodzą z *jednej* rośliny – herbaty chińskiej. Ma ona, oczywiście, różne odmiany – bardziej i mniej szlachetne, łatwiejsze do uprawy i trudniejsze, i tak dalej. Jednak ogólnie rzecz biorąc, wszystkie różnice między konkretnymi „kolorami” herbat wynikają tylko z procesu jej przygotowania. I tak:

- herbata *żółta* powstaje z najmłodszych pędów i pączków liści, które ulegają częściowej fermentacji;
- herbata *biała* to równie młode listki, których jednak nie poddawano procesowi fermentacji;
- herbata *zielona* - listki dojrzałe, niefermentowane;
- herbata *czerwona* - dojrzałe listki poddane długotrwałej fermentacji;
- herbata *czarna* - dojrzałe listki oraz odpadki z produkcji innych typów herbat, gniecione i poddane całkowitemu sfermentowaniu.

Co bardziej fermentowane herbaty (głównie czerwona i czarna) zawdzięczają temu procesowi charakterystyczny, ziemisty zapach. Z tego powodu często dodaje się do nich olejki eteryczne, np. *Earl Grey* to herbata czarna z dodatkiem bergamotki, a *Pu-Erh* to herbata czerwona z olejkiem cytrynowym.

Każda z herbat ma też inne właściwości i sposób przygotowania. Po szczegółowe informacje odsyłam to specjalistycznych stron internetowych, np. www.naturaherbaty.pl . Ja pokrótce wspomnę o dwóch typach, których pochłaniam *hektolitry* (co prawda, w skali roku, ale jednak liczba robi wrażenie ).

*Zielona*
Uważana jest za najzdrowszą. Zawiera antyoksydanty, flawonoidy, fluor, witaminy B, C, E, sole mineralne i garbniki (o działaniu antynowotworowym). W związku z tym działa przeciwpróchniczo, detoksykacyjnie, przeciwzapalnie (np. przy przemywaniu oczu). Pomaga też chronić przed zawałami i zakrzepami krwi, a także pobudza metabolizm.
Smak określiłabym jako gorzkawy, ale wszystko zależy przecież od sposobu parzenia. Ja swoje herbaty parzę zawsze na słabo, bo lubię tzw. „wodę o posmaku herbacianym”
Herbatę zieloną zalewa się wodą o temperaturze 60-90 stopni Celsjusza. Oczywiście, znów wszystko zależy – od używanego czajnika, twardości wody i innych czynników, ale bezpiecznie jest zaczekać około 14 minut. *Zdecydowanie* nie zalewamy żadnej „dobroczynnej” herbaty wrzątkiem, bo wtedy niszczymy wszystkie to zdrowe substancje!
Zalany susz parzymy 3-8 minut. Krótki czas parzenia sprawi, że herbata będzie działała pobudzająco, a dłuższy – relaksująco. Ja zieloną herbatą *rozpoczynam* swój dzień, więc zawsze są to te trzy minutki
Dodatkowo warto pamiętać, że „dobre” herbaty parzymy kilkukrotnie, bo za każdym razem napar będzie posiadał inne właściwości.

*Czerwona*
Znana głównie z właściwości odchudzających, poza tym zawiera również fluor, wapń, mangan, teinę, olejki eteryczne i białko. Ponadto pobudza przemianę materii, obniża poziom cholesterolu i ciśnienie krwi, pomaga na koncentrację. Do tego działa wzmacniająco i moczopędnie.
Zapach i smak jest jakby... korzenny, lekko ziemisty, ale w dużej większości przypadków maskują go cytrusowe aromaty.
Herbatę czerwoną parzymy wodą przestudzoną do 90 stopni Celsjusza – czyli około osiem minut po zagotowaniu. Samo parzenie powinno trwać 3-7 minut.
Tę herbatę również parzymy wielokrotnie. Ja każdą parzę po trzy razy, czyli łącznie wypijam sześć kubków herbaty dziennie. Do tego zawsze woda, soczek czy mleko i dzienna dawka wypełniona

Moje *akcesoria do herbaty* nie są powalające, bo nie mam czasu ani ochoty bawić się w klasyczne parzenie: w porcelanowym imbryku, przelewanie do filiżanek i tak dalej. Do tego najlepiej odtwardzanie wody i inne tego typu historie. Jaaasne.
Herbatę przechowuję w estetycznej *puszce* dołączonej gratis do jakiejś paczki Sagi w Biedronce. W górnej części przechowuję herbatę zieloną, w środkowej – czerwoną, a w dolnej – ziołowy napar „Sposób na gardło”, który jest mi niezbędny przez cały rok. Polecam go serdecznie, żadne tabletki nie pomagają mi tak jak on.
Herbatę sypię do sitkowatego elementu wybebeszonego czajniczka, a ten – wstawiam bezpośrednio do kubka. Po odpowiednim czasie parzenia wyciągam i odstawiam na spodek – ot, i cała mecyja.
Jeśli chodzi o konkretne *herbaciane zakupy*, to:
- herbatę zieloną kupuję w Biedronce. Ze mnie naprawdę nie jest żaden koneser, różnicy między herbatą tanią a drogą nie czuję. Dlatego „Dakir” z Biedry to dla mnie optymalne wyjście Do tego, ostatnio udało mi się kupić jego wariant stanowiący miks herbaty zielonej i *białej*, która zawiera mnóstwo polifenoli i witaminy C. Różnica w smaku – dla mnie niewyczuwalna. Albo mam naprawdę mało wybredne podniebienie, albo (znając życie) tej białej herbaty jest jakiś jeden procent
- herbatę czerwoną kupuję zawsze firmy *Bio Active*. Aktualnie jest to wersja z olejkiem grejpfrutowym, suszonymi owocami i bławatkiem. Pyyszności!
Jak widać, nie kupuję herbaty ekspresowej, a jedynie sypaną. Powody są dwa – zdrowotny i ekonomiczny. Otóż rzeczą dość powszechnie wiadomą jest fakt, że do torebek wrzuca się herbatę najgorszej jakości, często w formie tzw. pyłu herbacianego. Wyjątek stanowią podobno *piramidki Liptona*, więc polecam je fankom wygody, jaką daje herbata ekspresowa. Warto jednak dodać, że dla osób jak ja, czyli lubiących *słabą* herbatę, torebki to kiepskie wyjście. Można je oczywiście wrzucić i trzymać krócej lub dłużej, ale w momencie, gdy (jak w przypadku herbaty zielonej) czas parzenia ma wpływ nie tylko na smak, ale i na wartości zdrowotne, ciężko jest „wycyrklować” odpowiedni czas parzenia. Ponadto, wielokrotne parzenie tej samej torebki wydaje mi się jakieś... niehigieniczne. Mam wrażenie, że w użytej torebce leżącej przez jakiś czas na powietrzu muszą błyskawicznie rozwijać procesy gnilne albo bakterie. Brr... tak więc dla mnie ekspresówka jest jednocześnie jednorazówką, przez co zapasy herbaty kurczą się w błyskawicznym tempie. Dlatego *kocham* sypaną.

Jeśli ktoś pyta mnie „Kawa czy herbata?” – to wiecie już, jakiej odpowiedzi udzielam i dlaczego. A Wy, co odpowiadacie?

Życzę smacznego,
Wasza P.
  • awatar Gość: Informasi yang diterima dari orang dalam AHM, tengah disiapkan StreetFire "full fairing" ini untuk diproduksi massal di Indonesia. Posisinya mengisi ceruk di atas StreetFire yang bergaya "naked touring" yang saat ini dibanderol Rp 23,4 juta. honda batwing fairing http://hondabikefairings.tripod.com
  • awatar Gość: Honda is about to launch a revamped version of its CBR 150R (Honda K45), according to reports from Indonesian blogs. Highlights of the face lift include dual headlamps and new fairing design inspired by its brothers CBR250R and CBR300R. magic leverag for sale http://magicleveraghairrollers.tripod.com
  • awatar Gość: Thank you for featuring the attractive images-- so vulnerable to a sense of contemplation. my website - http://journal-cinema.org/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Wzięłam niedawno udział w konkursie na pingerze użytkowniczki "Kooralowa". Nagroda nie byle jaka, bo piękne szpilki na platformach... Mam jednak ten upierdliwy zwyczaj, że po dodaniu bloga do "Obserwowanych" przeglądam starsze posty by zobaczyć czy będę miała co czytać, gdy upłynie czas oczekiwania na wyniki konkursu :>

Moim oczom ukazał się przedziwny miszmasz. Z jednej strony - zdjęcia *przepięknych* stylizacji, a z drugiej - tandetne zakupy i manikiury. W końcu trafiło się, że rozpoznałam jedno ze zdjęć - z bardzo charakterystycznym płaszczykiem z Asos, który zwrócił moją uwagę już jakiś czas temu na lookbooku. Sama "nierówność" wpisów wzbudziła moje podejrzenia i zaczęłam przeglądać historię moich wejść na lookbooka aż *znalazłam*. Właścicielka owych fotek ma własnego bloga (nawet nie na pingerze, zresztą bardzo go polecam helpihavenothingtowear.blogspot.com/ ),a zdjęcia oczywiście były kradzione.

Powiem szczerze, że sama kradzież zdjęć już mnie nie dziwi. Widziałam to nie raz, ostatnio na blogu skazananazajebistosc.pinger.pl . Ale rozwala mnie na łopatki fakt, że Kooralowa stworzyła sobie na Pingerze całą *alternatywną osobowość*. Przewodnicząca szkoły, świetne oceny, cudowne ubrania (od Ariadny), ciągłe zakupy kosmetyczne i ubraniowe (pewnie pokradzione z innych blogów), giveaway na dwie pary nowych, drogich butów, które jakimś cudem wygrały blogi zawierające po *jednym* poście... Nawet jeśli cokolwiek z tego było prawdą, to trudno mi uwierzyć w resztę...

Pytanie brzmi: po co? Po co kłamać w Internecie, gdzie i tak jest się anonimowym? Umiałabym *jakoś* przełknąć kłamstwo przed koleżankami ze szkoły itd. - oczywiście naganne, ale na swój sposób zrozumiałe... przynajmniej dla mnie. Ale taka szopka, by udawać kogoś innego przed zupełnie obcymi ludźmi, których nigdy się nie spotka? Jedyny powód jaki umiem sobie wyobrazić to taki, że laska żyje na co dzień w totalnej *patologii* (takiej prawdziwej, typu głodzenie, molestowanie przez ojca czy coś) i po prostu stworzyła sobie bajkowy świat, do którego mogła uciec. Ale srsly, jak bardzo jest to prawdopodobne?

Druga rzecz, która mną dziś wstrząsnęła, to ten oto *"klip wyborczy"*:
Na szczęście jest na nią ogromna nagonka "na internetach" i nie tylko - o samym spocie dowiedziałam się z prasy. "Na szczęście" dlatego, że mam dzięki temu nadzieję, że nikt na nią *nie zagłosuje*...
Chciałam napisać na temat tego filmiku jakiś kąśliwy pamflet, ale z drugiej strony - myślę, że nie jest to potrzebne. Jeśli ktoś obejrzy i nie zrozumie jak ograniczonym trzeba być, by chcieć być reprezentowanym przez kogoś takiego, to ja i tak nie będę miała argumentów, by go przekonać... Ale myślę, że większość Was się ze mną zgodzi i zagłosuje na ludzi profesjonalnych i kompetentnych, lub *przynajmniej* sprawiających takie wrażenie... Bo ta pani nie zostawiła mi złudzeń
Jako ciekawostkę podaję link do drugiego spotu panny *Lenart*. Tym razem zamiast braku szacunku do samej siebie dostajemy pustosłowie, seplenienie, dziwną mowę ciała, dresów jako jej kumpli i zwracanie się do wyborców w trakcie popijawy, pewnie z drinkiem w ręku. *Miodzio.*
  • awatar Gość: I differ with most poplee here; I found this blog post I couldn’t stop until I finished, even though it wasn’t just what I had been searching for, was still a nice read though. I will instantly get your blog feed to stay in touch of any updates.
  • awatar Gość: Zamieszczone przez Good day!This was a really maruelovs website!I come from roma, I was fortunate to search your website in wordpressAlso I get a lot in your subject really thank your very much i will come every day
  • awatar Gość: lidiaWitam. Ja zakc582adac582am spiralke dwokrutnie. Za pierwszym razem po zaloc5bceniu krwawic582am przez miesic485c, wic499c zdecydowac582am sie ja usunc485c. Obecnie okazac582o sic499, c5bce nie moge brac487 piguc582ek antykoncepcyjnych i ponownie zdecydowac582am sic499 na zac582oc5bcenie spiralki. Mam ja juz dwa lata, miesic485czkujc499 regularnie i jestem zadowolona z tej metody antykoncepcji. Podejrzewam, c5bce poprzednia spirala zostac582a po prostu nieodpowiednio dobrana.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
W jednej z notek ( http://mianorris.pinger.pl/m/6480020/poziomy-zwarzywienia ) napisałam, że moja przygoda z szeroko pojętą fantastyką zaczęła się od książek. Ponieważ akurat mam posesyjny tydzień wakacji i nadrabiam zaległe lektury, postanowiłam skrobnąć też o nich notkę.

W komentarzu do któregoś z moich wpisów podsumowałam najważniejsze działy fantastyki. Dzisiaj udostępniam to szerszej publiczności ( ) wraz z rozwinięciem tematu.

1. *Fantasy* (z powodu podobnej nazwy często błędnie utożsamiane z fantastyką w ogóle).

Mój ulubiony gatunek, od którego wszystko się zaczęło. Zawsze byłam molem książkowym i kiedyś, bodaj w IV klasie podstawówki, trafiłam w szkolnej bibliotece na „Hobbita” J. R. R. Tolkiena. Zachwycona tą książką zakupiłam zaraz wszystkie trzy tomy „Władcy Pierścieni”, chociaż przyznam bez bicia, że wtedy nie dałam rady ich zmęczyć. Z rozpędu dotrwałam do połowy „Dwóch wież”, a potem dostałam chyba Harry’ego Pottera i nie muszę chyba mówić, która seria bardziej trafiła do dziesięciolatki…

W każdym razie, byłam potteromaniaczką pełną gębą i do dziś mam do sagi wielki sentyment (chociaż na przykład filmy nie przypadły mi do gustu). Z Pottera przeskoczyłam błyskawicznie do Kinga, a także równolegle do wszystkiego, co pod fantastykę dało się podciągnąć – zarówno dość dorosłych „Siewcy Wiatru” (M. L. Kossakowska) czy „Szczęścia w mrokach” (Lynn Flewelling), jak i typowo dziecinnych – książki Edith Nesbit chociażby. Cała pasja nabrała rozpędu gdy rodzina podłapała mój gust i na wszystkie okazje zaczęłam dostawać książki – dzięki temu mój księgozbiór rośnie wraz z moimi potrzebami.

Technicznie rzecz biorąc, *fantasy* to fantastyka z udziałem magii, nadprzyrodzonych istot i innych motywów. Występować mogą w dowolnym czasie i miejscu, choć na pewno najpopularniejsza jest tzw. fantastyka mediewistyczna, czyli osadzona w realiach na kształt średniowiecznych, z oczywistych powodów zwana też fantastyką „magii i miecza”. W tych klimatach rozgrywa się np. akcja wspomnianego wcześniej „Władcy Pierścieni”, ale też święcącej współcześnie „Gry o Tron”. Do tej kategorii zaliczyłabym również mój ukochany „Świat Dysku” Terry’ego Pratchetta, ale akurat ta lektura rządzi się własnymi prawami i ciężko ją zaszufladkować

Podgatunków fantastyki jest oczywiście o wiele więcej. „Harry Potter” jest przykładem *urban fantasy*, czyli fantastyki istniejącej w świecie współczesnym, w naszych miastach. To samo można powiedzieć też o „Kłamcy” Jakuba Ćwieka czy „Nocarzach” Magdaleny Kozak.

*Low fantasy* to zbiór obejmujący mało ambitne dzieła, które w większości wydawane były w kieszonkowych magazynach typu „Weird Tales”. Charakteryzują się dużą ilością seksu oraz przemocy i poza „Conanem Barbarzyńcą” nie umiem podać przykładu dzieła, które odniosłoby większy sukces.

Dla odmiany, *high fantasy* jest tworzone dla bardziej wymagających czytelników, w związku z czym autorzy często tworzą całe równoległe światy, z historią, językami czy nawet polityką. Tu ponownie można podać za przykład Tolkiena, a także Andrzeja Sapkowskiego, autora sagi wiedźmińskiej.

Istnieją też jeszcze dwa gatunki, które istnieją na pograniczu fantastyki z horrorem i sci-fi. Są to odpowiednio *dark fantasy* oraz *space fantasy*. Ponieważ w tym przypadku granice są płynne, nie będę podawać definicji, a jedynie przykłady książek, które moim zdaniem spełniają te kryteria. Do autorów dark fantasy należy na pewno Lovecraft, Wikipedia podpowiada też „Mroczną Wieżę” Kinga… Po namyśle muszę się zgodzić, pasuje i miks obu gatunków, i fakt, że książka jest mroczna jak cholera. Wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Z kolei do *space fantasy* zaliczyłabym cykl haiński Ursuli K. le Guin oraz „Diunę” Herberta. Polecam obie serie, chociaż żadnej z nich nie miałam okazji przeczytać całkowicie

2. *Science-fiction*

Wątpię, by znalazła się osoba nie kojarząca tego terminu, ale oto krótkie podsumowanie: obce planety, statki kosmiczne, daleka przyszłość, roboty, lasery…

Z filmów naturalnym skojarzeniem są oczywiście „Gwiezdne Wojny”, ale jako, że notka jest o książkach, wspominam o Rayu Bradburym i Philipie K. Dicku, a z polskiego podwórka – polecam Stanisława Lema i Jacka Dukaja.

Do szczególnie lubianych przeze mnie podgatunków należy *antyutopia*. Czym jest utopia, wie chyba każdy – nie mogąca się ziścić wizja idealnego świata. Antyutopia to książki, w których wizję udało się wprowadzić w życie, czego katastrofalne skutki ponoszą żyjący w niej ludzie. Do klasyków należy „Rok 1984” Orwella, ale warto też sięgnąć po *”Nowy wspaniały świat”* (geniusz) oraz „Fahrenheit 451” (kurde, nigdy nie pamiętam tej liczby ). Te trzy książki uważam za obowiązkowy „tryptyk” antyutopijny.

Uwielbiam też postapokalipsę. Czytałam kilka książek z tego nurtu, ale urzekł mnie dopiero… *podręcznik do gry RPG „Neuroshima”* ! Ponieważ jednak znów wykracza to poza temat tego posta, opiszę go przy innej okazji. Generalnie jednak akcja dzieł z tego podgatunku dzieje się w świecie, który przeszedł konkretną zagładę. Powody są różne – kataklizmy, najazdy obcych, sztuczna inteligencja, wojny nuklearne… Ale rezultat jest zawsze ten sam: grupka ludzi walczących o przetrwanie w nowym świecie. Daje do myślenia.

3. *Horror* (a. k. a. literatura grozy)

Tu również nazwa mówi sama za siebie. Książka ma wywołać przerażenie, lęk, obrzydzenie, a cel uświęca środki: mogą pojawiać się elementy nadprzyrodzone (czarna magia, wszelkiej maści potwory itd. – vide większość książek Stephena Kinga, np. „Miasteczko Salem”, „Christine”), ale nie muszą, jeśli zastąpi je okrucieństwo ludzkiej natury albo otaczającego świata („Misery” i „Cujo” tegoż). Obecnie motyw wampirów jest przegadany i wygładzony do obrzydzenia, dotknęło to też wielu innych istot. Polecam więc dla odmiany sięgnąć po klasyków – Anne Rice („Wywiad z wapirem”) czy Grahama Mastertona („Manitou”).

Tak chyba wyglądałoby krótkie (?) podsumowanie tematu-rzeki, jakim jest szeroki gatunek literacki zwany fantastyką. Jeśli chodzi o wymienione przeze mnie książki, to czytałam je wszystkie, może z jednym czy dwoma wyjątkami, więc w razie czego z radością mogę służyć radą

Pozdrawiam ciepło,
P.
  • awatar Gość: PKP: ja tam nie wiem, może żart im nie wyszedł i dlagteo Wilq podrożał?Maciej: cf3ż powiedzieć, cf3ż powiedzieć, kijem wisły nie przeskoczysz.
  • awatar Gość: Było o Solidarności, teraz o powstaniu itd. My jako narf3d uiewlbiamy takie sprawy. Gdy trafi nam się bohater czy to wojenny czy to sportowy to rzucamy go od razu na piedestał, gdy trafi nam się dramatyczna bitwa czy powstanie rf3wnież czcimy to niemal fanatycznie, nawet gdy przegramy. Czy to źle? Nie wiem, chyba każdy narf3d tak ma, prawda? co do samego zjawiska ciężko mi się jednoznacznie wypowiedzieć, z jednej strony dobrze ze pamietamy o tragediach czy sukcesach ale z drugiej czasem zwyczajnie przeginamy. No ale taka natura narodu że czci bohaterf3w i nienawidzi rządf3w ;P
  • awatar Gość: Jestem pewien, że nie skopią tego tak jak filmu i to co nemjniaj z dwf3ch powodf3w:1. Za rzecz zabrali się ludzie ktf3rzy znają się na rzeczy;2. Niczego nie da się skopać bardziej, niż Szerbucowej produkcji.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Najpierw przepis na moje ulubione ciasteczka. Bardzo czekoladowe, czyli dokładnie takie, jak lubię. Do tego proste, szybkie i z niewyszukanych składników

*Ciasteczka babci Boyd*
300 g mąki
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
250 g masła
30 g kakao
125 g cukru pudru

Mąkę, proszek i sodę łączymy z kakao, odstawiamy na chwilę, żeby przeszły kakaowym aromatem. Miksujemy masło z cukrem, dodajemy mąkę z
kakao. Miksujemy aż składniki się połączą.

Z ciasta lepimy kulki wielkości orzecha włoskiego, spłaszczamy. Układamy na blasze zachowując odstępy, bo ciastka rosną. Pieczemy 5 minut w temp. 170 stopni, następnie przykręcamy piekarnik do 150 stopni i pieczemy jeszcze ok. 10. Nie widać niestety czy ciastka są upieczone, bo są ciemne, ale powinny być spójne od góry, jednak nie twarde.

W moim "Prosektorium" ciastka trochę odmienimy: ciekawe foremki

lub fajne ozdobienie:
... i od razu widać w jakiej knajpce się znajdujemy. Mój typ - upiec normalnego ludzika, a potem machnąć mu jedną kończynę i pół łebka polewą z białej czekolady. Do tego typowe dodatki z kolorowego lukru - twarzyczka, guziki... I połamani narciarze albo parkourowcy gotowi

A tak na marginesie - widziałyście już zapowiedź kolejnej limitowanki Essence?
http://www.essence.eu/index.php?id=1680&;L=0
Ja nastawiam się na zwiększający objętość rzęs puder oraz lipstain (o ile drugi kolor będzie sensowny, bo na krwistą czerwień nie mam urody). Chociaż tradycyjnie podoba mi się wszystko

Osobiście nie cierpię tematyki wampirów, ale każda kolejna wampirza limitowanka z Essence jest CUDOWNA. Moje kolory, pomysłowe produkty... Cud, miód i orzeszki
  • awatar Gość: I am totally wowed and prarpeed to take the next step now.
  • awatar Gość: I thugoht finding this would be so arduous but it's a breeze!
  • awatar Gość: ac59bkaja miac582am wkc582adkc499 5 lat i byc582am zadowolona. po usunic499ciu pwalonalic59bmy dziecko, zaszc582am w cic485c5bce po 4 miesic485cach prc3b3b. Teraz chce zac582oc5bcyc487 kolejnc485 poniewac5bc karmic499 i wiele metod antykoncepcji odpada.Jec5bceli chodzi o zac582oc5bcenie to nie boli, tzn delikatne ukc582ucie. Partner moc5bce jc485 wyczuwac487 podczas stosunku, niteczka moc5bce delikatnie kc582uc487 w penisa, 1006
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (16) ›
 

 
Kolejna recenzja, tym razem świetnej mangi w stylu horror. Do przeczytania w wersji angielskiej tutaj: read.mangashare.com/Uzumaki

„Uzumaki” (jap. „spirala) to zamknięta, składająca się z 20 chapterów (rozdziałów) manga wydana w Stanach w roku 2002. Do Polski, niestety, nie dotarła i tylko dlatego polecam czytanie jej w „okradającej” autora wersji on-line. Autorem jest 48-letni mangaka Junji Ito, którego cenię także za inne dzieła, jednak moim zdaniem – żadne z nich do pięt nie dorasta „Uzumaki”.

Główną bohaterką serii jest Kirie, licealistka z niewielkiej japońskiej miejscowości o nazwie Kurôzu-cho. Każdy rozdział mangi stanowi osobną historię. Łączy je kilka elementów – osoba postaci pierwszoplanowej, miejscowość, w której zachodzą tajemnicze wydarzenia, oraz motyw spirali. Podczas czytania trudno się nie zdziwić, jak wiele spirali nas otacza – od ślimaka w uchu, poprzez młode liście paproci, zwinięte „rurki” motyli, tornada, wiry wodne, ślimaki... A wszystko zaczyna się, gdy chłopak Kirie, Shuichi zaczyna martwić się o swojego ojca. Zaczął on przejawiać symptomy dziwnej obsesji na punkcie spiral. Kolekcjonuje obiekty z tym motywem, cały czas je podziwia, a w końcu przestaje nawet chodzić do pracy... Tymczasem okazuje się, że ojciec Shuichiego i jego śmierć to tylko pierwsze z serii wielu mrożących krew w żyłach zajść w Kurôzu-cho.

Wielkim plusem tej serii opowiadań jest na pewno kreska. Rysunki są BARDZO dosadne, brutalne, a przy tym bardzo szczegółowe i dopracowane – nie mają nic wspólnego z bazgrołami Tokunan Seiichiro. Przykładowe, mniej ohydne ilustracje poniżej:
Jeśli chodzi o fabułę, też niewiele mam do zarzucenia. Może tylko rzecz, która wkurza mnie też w dobrych 90% horrorów – gdy tylko główny bohater/-ka zauważają, że coś się święci, NIGDY nie uciekają. Na oczach Kirie laska zostaje wessana przez wir, który stworzył się w jej własnej głowie? No problem, zostańmy i zobaczmy co będzie dalej. Blond dziunia słyszy w środku nocy hałas na końcu ciemnego korytarza? Świetnie, to pewnie święty Mikołaj, pójdę do niego boso i w halce, po co mi bejsbol czy nawet kuchenny nóż. *JAK MNIE TO WPIENIA.*
Za to poza tym, to chyba naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Historyjki mają w miarę podobny zarys, ale fantazja autora podsuwająca coraz bardziej zwyrodniałe obrazy oraz ludzkie zachowania absolutnie nie pozwala się nudzić. No i w ostatnim chapterze mamy coś w rodzaju zakończenia – jedno z tych, które wiele wyjaśnia, ale też tworzy jeszcze więcej pytań.
Oczywiście, nie jest pozycja dla każdego – jedni nie lubię mangi i anime, kolejni nie lubią horrorów, a jeszcze inni mogą nie przepadać za czytaniem na monitorze komputera i tak dalej. Jeśli jednak w mojej recenzji nie znalazłeś/-aś żadnego odstraszającego Cię elementu, to zachęcam chociaż do spróbowania! Moim zdaniem, to kawałek naprawdę dobrego horroru.

*Ocena: 5/5*
  • awatar Gość: Natalia - Mnie czeka to za dwa lata, ale oglądając Wasz materiał aż zpaargnęłam aby było to jutro cf3ż za naturalność, zero pozowania, czyli to, co uwielbiam!11 lipca 2012 15:42
  • awatar Gość: Sam sobie zrobiłem prezent pigzdzwraedkowy i kupiłem na Allegro. Naprawdę fajne oferty niektf3re, tylko 3ba jakoś tydzieńczekać i dużo oglądać. Ja naprzykład kupiłem 3gs białego i utargowałem się z 550zł na 520zł myślę, że już jutro będzie, także jestem happy, bo moja nokia 5530 to już piecie of sh*t.
  • awatar Gość: Ropucha - Znalazłam Was przez przypadek. Dodałam do unyoibluch. Nie mam jeszcze nawet narzeczonego, ale już wiem, że chcę Was na swoim ślubie. Pozdrawiam!11 stycznia 2012 17:27
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
W którymś z wcześniejszych wpisów zwierzałam się Wam z moich nawyków żywieniowych. Prawda jest taka, że większość z nich mam od niedawna, mniej-więcej od początku tego roku. Przedtem nienawidziłam jedzenia warzyw i to było powodem, dla którego ze wszystkich możliwych diet wybrałam *dietę dr Dukana*, zwaną też planem Protal.

Dzięki mojej mamie jestem współwłaścicielką dwóch książek autorstwa dr Pierre’a Dukana – „podstawowej” zatytułowanej *„Nie potrafię schudnąć”* oraz uzupełniającej zawierającej *350 przepisów* przydatnych w trakcie diety. Moim zdaniem warto przeczytać chociaż jedną z nich, zwłaszcza pierwszą – wyjaśnione jest w niej wiele rzeczy, które mogą pomóc, gdy ma się dylemat pt. „kurczę, mogę to zjeść czy nie?”.

Podstawowym założeniem diety Dukana jest to, że tyje się głównie od cukrów oraz tłuszczy. Za to trawienie białek dla organizmu jest tak trudne, że jedną trzecią przyjętych kalorii traci na przyswojenie pozostałych. Do tego dochodzi jeszcze kilka ważnych postulatów, ale odpuszczę sobie przepisywanie całej książki

W diecie Dukana/proteinowej/białkowej/protal rozróżnia się cztery fazy. Wszystko jest w książce, a także do znalezienia w skróconej wersji w Internecie, np. na stronie dietadukana.net.pl/dukan-faza1.php . Małe podsumowanie:

Na dietę przeszłam z początkiem roku akademickiego, czyli w październiku 2010. W *fazie I (uderzeniowej)* je się tylko produkty białkowe. Trwa 3 do 5 dni.
W *II* robi się naprzemiennie „bloki” białkowe lub białkowo-warzywne – trwają 3 lub 5 dni, ewentualnie można zmieniać sobie co jeden dzień. Trwa tak długo, aż osiągniemy wymarzoną wagę. Mi zrzucenie około 7kg zajęło około miesiąca.
Następnie przeszłam do *fazy III*, czyli stabilizującej. Je się w zasadzie to, co w dniach białkowo-warzywnych fazy II + niewielkie ilości owoców, czasem jakiś produkt skrobiowy (np. ziemniaki). Trwa po 10 dni za każdy zrzucony kilogram – czyli w moim przypadku ponad dwa miesiące.
Tak więc na Gwiazdkę jadłam już normalnie i od tamtej pory, tj. od siedmiu miesięcy jestem w *fazie IV*. Jem normalnie, ale raz w tygodniu robię sobie dzień dukanowski, tj. menu z I fazy diety. Ten etap się nie kończy i faktycznie planuję stosować go do końca życia

Co mogę powiedzieć? Mimo zapewnień dr Dukana, że nawet przy normalnym jedzeniu 6/7 dni w tygodniu się nie utyje, na pewno przybrałam troszkę na wadze przez te pół roku. Chociaż przyznam szczerze – czasem dzień Dukana sobie odpuszczam. Z dwóch ważnych powodów, które warto rozważyć przed rozpoczęciem diety.
1. *Kłopotliwość*
To nie jest łatwa dieta, zwłaszcza dla osób, które jak ja spędzają np. 13h na uczelni. Do tego mam pecha i nie cierpię twarogu, a odtłuszczony serek wiejski/twarożek to jedna z niewielu rzeczy, które na Dukanie można bezproblemowo zjeść w pracy/szkole. Są oczywiście jogurty 0%, ale one są pozbawione tylko tłuszczu. Cukru mają tyle samo, a nieraz i więcej niż zwykłe jogurty i dlatego powinno się ich unikać. Tak więc wielokrotnie miałam problemy z żonglowaniem posiłkami i na pewno sporo mi to utrudniło.
2. *Brak energii*
No niestety. Podstawowym paliwem dla ludzkiego organizmu jest glukoza, czyli prosty cukier. Jeśli nie ma go w pokarmie, organizm przetwarza inne substancje by ją uzyskać. Przy normalnym żywieniu nie jest to problemem, bo przyswajamy dużo innych cukrów (np. sacharozę) z których glukozę otrzymuje się relatywnie łatwo. Natomiast na Dukanie z 1500 zjedzonych kcal 500 odpada na samo trawienie, a pozostałe tysiąc zachowuje się, jakby im ktoś nalał ołowiu w tyłki. Człowiek jest zmęczony, śpiący i cholernie ciężko mu się skoncentrować. I dlatego dni Dukanowskie zawsze odpuszczam sobie przed kolokwiami oraz sesjami. Szkoda poświęcać studia dla figury

Co jeszcze mogę dodać... Ogólnie dieta nie jest łatwa, chociaż sklepy podchwyciły trend i produkty odtłuszczone można obecnie bardzo łatwo dostać. Nawet Biedronka sprzedaje kefiry 0% i twarożki 1,5% (ze szczypiorkiem) i 2% (naturalny). A kiedyś...? Tylko w delikatesach, w moim przypadku najczęściej w Bomi.

Co ciekawe, na diecie w ogóle nie brakowało mi *słodyczy*, ba! Bardzo szybko się od nich odzwyczaiłam i po przejściu w fazę IV w ogóle nie miałam na nie ochoty. Nawet Kinder Maxi King mi nie smakował Ale co jakiś czas i tak je jadłam, aż w końcu wrócił mi na nie smak.
Za to CHOLERNIE brakowało mi *chleba*, a na drugim miejscu – ziemniaków. Po prostu uwielbiam obie te rzeczy i to był mój główny ból. Oczywiście robiłam sobie różnego rodzaju dukanowskie pieczywo – dwa rodzaje chleba, jakieś bułki itd. Wszystko z otrębów. Moja mama autentycznie je uwielbia, mój brat i tata też lubią, ale ja od samego zapachu miałam odruchy wymiotne... Chociaż i tak je jadłam, bo czasem po prostu TRZEBA coś zagryźć

Chwilowo to by było na tyle. Jeszcze na pewno kiedyś do tej diety wrócę, bo naprawdę skrzywiła mi psychikę, a jakoś strasznie lubię się na tym blogu tak uzewnętrzniać Nie mam pojęcia skąd we mnie przekonanie, że na pewno cały świat chce czytać co jem, jakie mam egzaminy i że zakończyłam w tym tygodniu trwający 1,5 roku związek, ale BĘDĘ tak sobie wmawiać jeszcze przez jakiś czas
  • awatar Gość: Witam wszystkie dzynzcewiy ktf3re chcą przytyć,mam ten sam problem,choć niweluję wiele czynnikf3w ktf3re przeszkadzają w dokonaniu mojej idealnej wagi.Fakt ważę 57 kg ,ale jak na mf3j wzrost 1.76 to nie wystarczająca waga chcę ważyć 68 i powiem szczerze ,że jeżeli ktoś bardzo chce to osiągnie swf3j cel.tak jak koleżanka rzuciłam palenie (paliłam 6 lat) więc ciężko było i powiem ,że po 3 tygodniach widzę rf3żnicę ważę obecnie 62 kg, jadam regularnie (5-6 posiłkf3w dziennie)jak najwięcej wysokiej jakości białka pełnowartościowego,np. chude mięsa (np. kurczak, indyk, chuda wołowina) i wędliny,jaja, jogurty, sery, przetwory mleczne, twarogi, ryby,ryż, makarony,Codziennie zjadam owoce i warzywa.Nie wolno się napychać ostatni posiłek jeść 2 h przed snem to działa sama korzystam z przepisu ktf3ry polecił mi lekarz więc chciała bym podzielić się z Wami.Pozdrawiam i powodzenia
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Spóźnia się pensja mojego taty i w lodówce na stancji robi mi się coraz bardziej pusto... Tak, studenckie życie w końcu dopadło i mnie (bo ogólnie mam już dość zaśmiecania mojego internetu setną wariacją na temat tego, że studenci się nie uczą, nie jedzą i żyją jedynie na etanolu... było fajnie, było śmiesznie, ale serio mi się to przejadło).

W każdym razie, jak tylko nadejdzie zbawienny przelew, pójdę do mojej Mekki, czyli Biedronki na Świętojańskiej w której jestem jak w zegarku, co sobotę

Serio lubię robić tam zakupy. Nie jest taka wielka jak Real czy Tesco, nie jest też tą koszmarną klitką na Placu Kaszubskim (wózków nie ma, a dwie osoby z koszykami nie mieszczą się w większości alejek). Miła obsługa, czysto, nienachalna ochrona (która zaczęła mnie już chyba rozpoznawać, lol) i ogólnie elegancko. No i oczywiście, last but not least, *produkty z Biedronki!*

Moje top5 to zdecydowanie:
1. *LASAGNE Vesuvio*
2. Chleb Zbójnicki
3. Chocoszoki
4. Grand Dessert
5. Kaszka manna Delicata i Serek Wyśmienity

1. Uuuuuuuuwielbiam. Kosztuje to-to 5 zł, a jest naprawdę świetne. Dobry ser i sos beszamelowy, całkiem sporo mięsa, odpowiednio pikantne... gdyby nie to, że ta lasagne jest pewnie niezbyt zdrowa, jadłabym ją chyba codziennie A tak to tylko raz w tygodniu xD

2. To pyszny, ciemny, ale nie razowy chleb. Zawiera duże ziarna soi wewnątrz, a mnóstwo słonecznika na skórce. Jedyny minus – trochę drogi (2,80zł za jakieś 350g?).

3. Podróbka płatków Chocapic, która o wiele bardziej mi smakuje. Mniej mdłe, bardziej czekoladowe

4. Czekoladowy budyń pokryty chmurką z czekoladowej bitej śmietany. Poezja ^^

Reszty wyjaśniać chyba nie trzeba Poza tymi produktami uwielbiam też Chocco Rice (czekoladę z ryżem preparowanym w trzech smakach, ja nie lubię tylko truskawkowej), ser Delicata (pokrojony w plasterki pikantny ser z papryką), polędwicę sopocką z Doliny Wędlin, chleb Złocisty... Długo by wymieniać

Do tego Biedra ratuje mnie, gdy nie mam czasu na gotowanie. Mój obiad w wersji studenckiej wygląda wtedy tak:

*Lista zakupów*
1 mielonka z indyka
1 fix Culineo (do gulaszu lub do spaghetti napoli)
1 puszka kukurydzy
1 puszka czerwonej fasoli

Mięso podsmażam na oleju. Potem rozrabiam fix według przepisu na opakowaniu. Podgotowuję całość z pół godziny. Wrzucam kukurydzę i fasolę na durszlak, odcedzam, przepłukuję i najzwyczajniej w świecie wrzucam na patelnię z fixem i mięsem. Gotowe! Pełna patelnia jedzenia, które mi starcza na trzy dni, a komuś o normalnym apetycie pewnie nawet na cztery Tak więc koszt takiego obiadu na jeden dzień wynosi odpowiednio 2,80 zł lub 2 złote xD Śmieszna kwota, ilość czasu spędzonego w kuchni też minimalna, a jedzenie zupełnie dobre, zdrowe i sycące. Tak więc polecam!
  • awatar Gość: Hi Steve!I found your blog quite by accident a few weeks ago and have been, quite fralnky, astounded by the wealth and quality of your information here. I do have two questions I hope you could answer for me though:1) I have Eastern European ancestors and I was wondering if anyone took notes during your presentation that they would care to share? My Grandfather and Grandmother ( on my fathers side) were both from Galacia now the Ukraine. I am at a complete stop not knowing what to do next, so any notes from your presentation would be appreciated.2) I'd really like to upload my family history to a format like yours. I use FTM and notice that you use WordPress as your blog of choice. Do you upload data directly from FTM ( or other package) directly to your blog or do you have to retype everything? I tried looking for an extension or widget to WordPress that handles family history, but was unable to find one. I was hoping you could shed some light on this for me.Thanks!Steve
  • awatar Gość: I havenˇa6t checked in here for a while as I thgouht it was getting boring, but the last few posts are great quality so I guess Iˇa6ll add you back to my daily bloglist. You deserve it my friend :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ten rysunek to dzieło mojej najlepszej koleżanki z ogólniaka
„Warzywo”, „(z)warzywienie” to określenia, które były popularne w moim liceum. Ogólnie odnosiły się one do osób, które poświęcają czemuś zbyt dużą ilość swojego czasu. Można było nazwać warzywem na przykład osobę, która nie robi w swoim życiu nic poza nauką. Ale szybko słowa te przyległy do ludzi, którzy stanowili kujonów zupełne przeciwieństwo – graczy (gamerów).

Nie od dziś wiadomo, że komputer wciąga. Warto wiedzieć jednak, że wciągają nie tylko demotywatory, kwejki i inne strony-tasiemce. Uzależnić można się nie tylko od FarmVille, MafiaWars i innych gierek. *Prawdziwe* uzależnienie powodują *prawdziwe* gry – od prostych, które dają dużo frajdy w graniu na LANie, np. CS (Counter Strike) po prawdziwe giganty, tak zwane MMO RPG – massive mulitplayer on-line RPG (role playing games). Do takich gier zalicza się przede wszystkim WoW (World of Warcraft) czy Lineage II (w skrócie L2). Mi szczęśliwie udało się uniknąć uzależnienia, a właściwie zwalczyć je zanim urosło do większych rozmiarów. Bowiem obsesja obsesji nierówna i są tacy, co po szkole siadają do komputera i grają do późna w nocy zawalając naukę, a są i tacy, co w ogóle zawalają szkołę i grają do dwudziestu godzin na dobę. Mi udało się powiedzieć „stop”, gdy od ilości spędzanego przy komputerze czasu zaczęły zależeć moje plany na przyszłość.

Czasami sama zastanawiam się, jak mogłam tak mocno wpaść w świat gier komputerowych, dostawać histerii gdy straciłam ważny item albo bez mała pluć na brata, gdy nie chciał mnie dopuścić do komputera... Myślę, że w moim przypadku zadziałał taki dziwny „łańcuch”, gdy ogólnie stałam się ogromną fanką fantastyki w każdej postaci. Jego ogniwa wyglądałyby jakoś tak:
lubię *czytać* książki -> szczególnie do gustu przypada mi *fantastyka* -> czytam coraz więcej -> zaczynam *grać w gry*, bo mam wtedy wpływ na to jak potoczy się dana (moja) historia -> zaczynam grać w *narracyjne gry RPG* (znacznie większy wpływ) -> zaczynam jeździć na *konwenty* (można naprawdę wczuwać się w role)

(pominęłam tu wiele różnych dziedzin fantastyki, jak filmy, gry karciane czy planszowe i inne, bo stanowią znacznie mniejszy odsetek mojej manii )

Narracyjne gry RPG pomogły mi wyjść z uzależnienia, bo dają mi o wiele więcej emocji i adrenaliny. Chociaż w gry komputerowe grywam i tak, bo by urządzić tzw. sesję (czyli spotkanie ludzi grających w erpega) konieczne jest jednak więcej zachodu, do tego ważne jest zachowanie pewnej regularności... Powiedzmy, że teraz staram się po prostu zachować balans między wszystkimi komponentami. A teraz nie mogę doczekać się wakacji – nie dość, że w lipcu mam konwent, to jeszcze będzie wreszcie czas na czytanie książek innych niż podręczniki ^^
  • awatar Gość: Tusen hjertelig takk for aaerdwn!!Se5 koselig att du vil gi den til meg :)Det setter jeg stor pris pe5!Go`klem fra Maya:)
  • awatar Gość: I always love your shots. You have a great style. I am ciurous what sort of editing you do to create your "wispiness" and that almost painted look. Great shot!
  • awatar Gość: Jeśli to jest dla Ciebie herezja. To punoporję zrezygnować z usług lekarzy i modlić się do ubzduranego boga w celu wyleczenia. Wyłączyć komputer, zrzucić ciuchy, pf3jść zamieszkać do lasu i tam spędzić resztę życia. To co Cię otacza jest efektem właśnie takich heretykf3w . Prąd i cała technologia jaką mamy byłaby już 100-200 lat wcześniej gdyby nie kościf3ł i tacy OGRANICZENI ludzie jak Ty. Wrf3ciłbyś pewnie do czasf3w w ktf3rych palono takich heretykf3w -co nie?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

„Czekając na sobotę” to dokument telewizyjny nakręcony pod koniec zeszłego roku przez małżeństwo Irenę i Jerzego Morawskich, doświadczonych reporterów, którzy już niejednokrotnie pokazali, że nie boją się ruszać spraw trudnych i spychanych na margines. Tym razem dotknęli tematu polskiej wsi, ale zupełnie innej niż dwa typowe wizerunki, jakie widzimy w mediach: wieś „sielska” (np. ranczo Wilkowyje) i wieś „z ambicjami” (jak chociażby Biskupin). Wybrali kilka miejscowości, a w nich dotarli do ludzi, których pomimo sporych odległości geograficznych łączy jedno – postawa życiowa, która każe im „czekać na sobotę”.

Od razu każdego urażonego filmem mieszkańca wsi uprzedzam – wiem, że nie każda miejscowość bez praw miejskich tak wygląda. Wiem też, że nawet te konkretne ukazane w filmie niekoniecznie są takie, jakby się mogło zdawać. Namiastkę tego daje komentarz pewnej trawniczanki, która swoje oburzenie wyraziła tutaj:
http://www.2upblog.pl/2010/10/27/brak-komentarza/#comment-88699
Nie wiem jak dla innych, ale moim zdaniem każdy inteligentny i myślący człowiek oglądając film dokumentalny zdaje sobie sprawę, że jest to tylko reprezentacja pewnej grupy społecznej, a nie przekrój całego narodu. Zdecydowanie może mi się zmieścić w głowie, że w Trawniku mieszkają nie tylko bohaterowie filmu i żule, ale też przedstawiciele najróżniejszych światopoglądów i szanuję to.

Podobnie też szanuję przedstawione w filmie osoby, choć przychodzi mi to momentami z dużym trudem. Podczas oglądania „Czekając na sobotę” współczucie mieszało się u mnie z obrzydzeniem, a czasem też z czymś w rodzaju gniewu. Dlaczego? A dlatego, że autentycznie NIE CIERPIĘ marnotrawstwa, w żadnej formie. I ciężko mi słuchać, gdy Daniel z uśmiechem mówi, że pracuje i zarabia (moim zdaniem całkiem nieźle), ale połowę pensji przepuszcza na melanże. Ciężko mi patrzeć, gdy sześcioro rodzeństwa siedzi w pokoju, każde z komórką w łapie, a z offu słychać zwierzenia ich matki, Ewy, o tym jak ciężko jest utrzymać „całą drużynę piłkarską”. W takich scenach widz pozbywa się złudzeń – ten film nie jest o biednych, uciśnionych wieśniakach, którzy chcą się uczyć/dokulturalniać, a nie mogą. Ten film jest o ludziach, którym się nudzi. Do tego stopnia, że idą do klubu, w którym striptizerkom ludzie bez żenady wkładają palce w miejsca intymne. Ale żeby wziąć do ręki książkę – nie aż tak... (znowu słowa Daniela).

Wybór tematu – genialny. Jak napisałam wcześniej, wieś jest ostatnio modna. Lansuje się jej dwa wizerunki, a jedynym przedstawianym w nich minusem jest odległość od centrów kultury i szeroko pojętej „cywilizacji”. A tu – niespodzianka! Są ludzie, którym ten cały teatr i filharmonia zwisa i powiewa. Są laski, które dają się prawie gwałcić na scenie i którym daje to satysfakcję. Są takie towarzystwa, w których chłopak posiadający legalną pracę i rozklekotanego poloneza to jest ktoś... Różnie za to bywa z realizacją. Widać w tym typowe dla polskiego dokumentu wpadki – beznadziejnie umieszczony tytuł filmu, tandetne animacje (typu kręcący się globus), ale wiele rzeczy jest na plus – chociażby zdjęcia. Zachwyciła mnie w scena, w której Monika i reszta towarzystwa z „domu kultury” próbuje otworzyć zepsuty samochód skacząc po nim. Gdzieś w międzyczasie padają słowa, że oni to kulturalnie piją piwo i żadni z nich tam żule z jabolami (grupka takich pijaczków przygląda im się zresztą z pewnej odległości). Młodzieży umyka jednak, że żyjąc w taki sposób – brak pracy, cały dzień z piwem w wiacie autobusowej – skończą podobnie jak te lumpy, o których mówią z takim politowaniem (choć nie bez sympatii). Fajny efekt, ku przestrodze.

Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to film dla każdego. I nie w każdy sposób można go oglądać. Na pewno nie można robić tego bezmyślnie, bezkrytycznie, bo człowiek gotów jest uwierzyć, że życie na wsi to jakieś piekło. Prawdą jest jednak, że to „piekło” bohaterowie filmu mają na własne życzenie. I że dla nich zdecydowanie nie jest to niebo, ale coś blisko tego – w zasadzie robią to, co lubią. Byle do soboty.

Ogólny werdykt: 4,5/5
  • awatar Gość: What a plraeuse to meet someone who thinks so clearly
  • awatar Gość: Alhgirt alright alright that's exactly what I needed!
  • awatar Gość: magdalenaJa takc5bce miac582am taki przypadek jak Madzia. Zaszc582am w cic485c5bcc499 (trzecic485) majc485c wkc582adkc499 z medizic485. moja pani ginekolog nie usunc499c582a jej mc3b3wic485c c5bce to grozi poronieniem. W trzeim miesic485cu cic485c5bcy dostac582am potwornych bc3b3li, wystc485pic582o krwawienie, potem szpital , poronienie, i c582yc5bceczkowanie. Takc5bce jak widac487 z tej sytuacji nie ma dobrego wyjc59bcia. Powodzenia!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 

Nazwa tego deseru to skrzyżowanie słów „banana” i „toffee”, czyli dwóch podstawowych jego składników. Przepisów na „banoffee”, „banoffee pie” lub po polsku – „banoffi”, jest mnóstwo. Ja zmiksowałam kilka z nich, dodałam różne ulubione rzeczy (jak na przykład smak kokosa) i oto jest – Banoffee a la Mia Norris

Składniki:
1 paczka ciastek Digestive
1 kostka masła
1 puszka masy kajmakowej kokosowej (taką ma np. Bakalland)
3 duże banany, najlepiej mało dojrzałe
0,25 l (1 szklanka) mleka
1 czubata łyżka mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
0,2 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
1 tabliczka gorzkiej czekolady
2 garści wiórków kokosowych
3 łyżki gorzkiego kakao (opcjonalnie)

Weź formę do ciasta – ja używam keksówki, bo to jedyna, jaką mam na stancji, ale coś o większej powierzchni i bardziej płaskiego na pewno sprawdziłoby się lepiej. Wyłóż formę papierem.
Do małej siateczki wsyp ciastka Digestive, wyjmij ze trzy i odłóż na bok. Siateczkę zawiąż i zmiażdż ciasteczka przez obijanie siatki o stół albo obtłukiwanie jej np. tłuczkiem. Tak uzyskany ciasteczkowy pył wsyp do formy.
100g (pół kostki) masła rozpuść i polej nim równomiernie ciasteczka. Jeśli trzeba, wymieszaj je łyżką tak, by powstała jednolita masa. Wygładź ją i odstaw formę w chłodne miejsce na co najmniej pół godziny. Tak powstanie kruchy spód pod ciasto.
Otwórz puszkę masy kajmakowej i rozsmaruj ją równo po spodzie. Banany obierz i pokrój w plasterki, a następnie rozłóż je na warstwie kajmaku.
Przygotuj masę budyniową. W tym celu zagotowuj mleko, resztę masła i cukry (kryształ i waniliowy). Dodaj rozrobioną mlekiem mąkę, wymieszaj i polej nią po warstwie bananów.
Ponownie odstaw formę w chłodne miejsce, a gdy masa budyniowa trochę stężeje – zrób „kruszonkę”. Odłożone wcześniej ciasteczka pokrusz na dość grube kawałki, a gorzką czekoladę połam. Mieszanką ciastek, czekolady i wiórków kokosowych posyp po całej powierzchni ciasta.
Na koniec opcjonalnie błyskawiczna polewa czekoladowa – rozpuść w rondelku 50g masła, dodaj dwie łyżki cukru i trzy łyżki wody. Całość zagotuj, a następnie dodaj 3 łyżki gorzkiego kakao i mieszaj do uzyskania jednolitej konsystencji. Polać ciasto, zostawić do zastygnięcia i można jeść

Ciasto proste, dość szybkie i... meeeeeeegakaloryczne Ale czasami człowiek musi i już, a wtedy warto zjeść coś takiego, niż wcinać byle batona. Moje banoffee strasznie rozwala się przy krojeniu (jest za wysokie, bo robione w złej foremce), więc zdjęcia przekroju wyglądają zupełnie nieapetycznie... Zapewniem jednak, że deser jest genialny (choć oczywiście nie dla każdego). Dla ciekawych wrzucam inną fotkę:
Życzę smacznego!
  • awatar Gość: - To tylko dowodzi tego, że dla fogftraoa ślubnego nic nie jest niemożliwe!;) Piękne zdjęcia, choć wyobrażam sobie jak musieliście się przy tym nabiegać Zainspirowaliście mnie! )1 maja 2012 13:22
  • awatar Gość: We were staying at the RIU in Ocho Rios when we bekood out trip to Nine Mile Village in 07. Captain Crazy was in full tour mode that day and a highlight of the day,however he wouldn't alllow recording to be done,so this clip was trip to see again. Any reputable resort in Mobay or Ocho should have tour connections.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Na początek link:
http://www.fit.pl/g/str/cwiczeniadlaciebie/brzuch/weider.jpg
O słynnej "szóstce Weidera", znanej też jako a6w, słyszało już na pewno wiele osób. Spróbuję jednak spojrzeć na nią z trochę innej strony Zacznijmy od krótkiej analizy.

Aerobiczna
Słowo to oznacza, że ćwiczenia zmuszają organizm ćwiczącego do zużywania większej ilości tlenu. Przyspiesza oddech, praca serca, krążenie. Ćwiczenia aerobowe są najlepsze na chudnięcie, a także niezbędne do tzw. rzeźby ciała. Ponadto wpływają na wydolność organizmu, przyspieszają przemianę materii, podobno też oczyszczają ciało z toksyn i złogów cholesterolu, a także podnoszą odporność.

Szóstka
Jak widać na zalinkowanym obrazku, ćwiczeń podstawowych jest sześć. Realizacja programu polega na tym, by ćwiczyć CODZIENNIE, za każdym razem zwiększając intensywność treningu. Wyczytałam, że najlepsze efekty osiąga się robiąc każde ćwiczenie jeden raz, traktując taki zestaw jako jedno "powtórzenie" i w taki właśnie sposób sama to stosowałam.

Weider
Autorem zestawu jest Josef E. "Joe" Weider, dziś już prawie dziewięćdziesiątdwuletni (!) współzałożyciel Międzynarodowej Federacji Kulturystyki i Fitness.

Swoją przygodę z a6w zaczęłam w zeszłe wakacje, gdy spotkałam się z moim byłym chłopakiem, zaangażowanym sportowcem. Ponarzekałam mu na swoją figurę, której głównym mankamentem jest utrzymująca się właściwie niezależnie od mojej wagi oponka na brzuchu... Doradził mi ten trening i następnego dnia po prostu zaczęłam ćwiczyć.

Jedno słowo: MASAKRA. Od razu pierwszego dnia zorientowałam się, że muszę ćwiczyć nago, bo pot lał się ze mnie strumieniami, a strój gimnastyczny można było wykręcać z wody. Na początku ćwiczyłam na gołej podłodze szwedzkiej, na której skraplały się po prostu małe kałuże. Później przerzuciłam się na karimatę, ale ZAWSZE musiałam mieć pod głową małego jaśka. Polecam każdemu ze słabym kręgosłupem.

Każdy następny dzień jest gorszy. Oczywiście, zwiększa się kondycja, ale program jest prawie z każdym dniem bardziej wymagający, więc wychodzi na jedno - totalne wyczerpanie Do tego w miarę postępów należy też zwiększać tempo ćwiczeń, tak, by trening nie przekraczał pół godziny. Przyznaję się bez bicia - temu nie podołałam i niejednokrotnie zajmował mi nawet i godzinę.

Drugim moim grzeszkiem jest to, że nie przeprowadziłam programu do końca. Przyczyna była prozaiczna - po miesiącu siedzenia w domu przyszedł czas na wyjazd z koleżankami pod namiot. A więc totalnie nie miałam do tego warunków.

Co jednak na pewno mogę powiedzieć - TO DZIAŁA. Nie wiem, czy samą "szóstką" można wyrobić sobie tzw. kaloryfer, ale to na szczęście nie nastąpiło - chociaż gdybym doprowadziła program do końca, to kto wie...? Na pewno jednak pożegnałam się z moją oponką, przy astronomicznych ilościach jedzenia i kompletnemu bezruchowi na co dzień. Przyspieszenie przemiany materii również było zauważalne. Na pozostałe obiecywane efekty, szczerze mówiąc, nie zwróciłam uwagi

Każdy organizm jest oczywiście inny, każdy może mieć swoją "oponkę" z innego powodu - predyspozycje, hormony, siedzący tryb życia... U mnie na pewno zawiniło to ostatnie i a6w okazało się strzałem w dziesiątkę. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was też tego próbował? Jak wrażenia? Może to ja jestem jakaś zapasiona i takie koszmarne wycieńczenie dzień w dzień nie jest regułą...?

Aha, ja z pierwszym dniem wakacji zaczynam trening od nowa. Powinnam nawet mieć pierwsze 42 dni wolne, więc może uda mi się sprawdzić na własnej skórze, co z tym kaloryferem...
  • awatar Gość: This is a beautiful picture with very good light-weight :-D my website - http://drugstoredir2014.com
  • awatar Gość: You're an extremely useful website; could not make it without ya! My Website - http://journal-cinema.org/
  • awatar Gość: Great depth :) my website - http://onlinesmpt200.com
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Perfect Girl Evolution (Yamato Nadeshiko Shichi Henge) to manga autorstwa Tomoko Hayakawa, zekranizowana w formie dwudziestopięcioodcinkowego anime przez studio Nippon Animation w 2006. Ponieważ ani manga, ani anime nie pojawiły się w Polsce, ja zrecenzuję tylko to, co udało mi się wyłowić na YouTube: (część 1. pierwszego odcinka)

Nakahara Sunako jest zakompleksioną nastolatką, która długą grzywką zasłania całą swoją twarz w obawie przed wyśmianiem. To bowiem spotkało ją ze strony chłopaka, któremu dawno temu wyznała sympatię. Od tamtej pory zamknęła się w swoim ciemnym, mrocznym świecie, w którym pasjami ogląda najdrastyczniejsze horrory, a jedynymi jej towarzyszami są anatomiczne modele, szkielety i czaszki. Ten stan rzeczy nie podoba się jednak jej ekstrawaganckiej ciotce, obłędnie bogatej właścicielki pięknej willi w pewnym japońskim mieście. Willę tę wynajmuje czterech zabójczo przystojnych chłopaków - Kyouhei Takano, Ranmaru Morii, Yukinoujo Touyama i Takenaga Oda. Im właśnie ciocia Sunako zleca zadanie przemiany dziewczyny w elegancką damę. Chłopcy zgadzają się „w ciemno”, sądząc, że ich niezwykła aparycja całkowicie wyeliminuje jakiekolwiek przeszkody. Nie wiedzą jednak, że wstydliwa i nieprzyzwyczajona do tak olśniewającej urody Sunako na ich widok reagować będzie wiecznymi krwotokami z nosa, a następnie ucieczką...
Historia prosta jak drut, w gruncie rzeczy mało oryginalna i dość przewidywalna. Jednak moim zdaniem, p. Hayakawie udało się wykrzesać z niej coś świeżego! Na pewno nie można powiedzieć, żeby było to anime wysokich lotów, skłaniające do główkowania i/lub refleksji... Jest w nim, jednakże, takie natężenie gagów, pastiszu i zaskakujących puent, że ogląda się je z prawdziwą przyjemnością. Parodiowane są zarówno subkultury (goth lolity oraz yamanba, czyli japońska wersja naszych różowych solarek), niektóre programy telewizyjne (typu „Pięść Mistrza Zen, który w Polsce emitowany był przez MTV), jak i filmy ("Ring" czy "Gwiezdne Wojny".
Do tego dochodzi całkiem przyjemna kreska, której mam jednak do zarzucenia dwa spore mankamenty. Po pierwsze i najważniejsze, czterej chłopacy z którymi zmuszona jest zamieszkać Sunako, są moim zdaniem w ogóle nie przystojni!
Nie twierdzę, że są brzydcy, ale przeciętni – już prędzej. Z postaci w anime dużo bardziej podobał mi się np. Parn (Record of the Lodoss War) czy chociażby Alucard (Hellsing). No ale coż, to pewnie kwestia gustu.
Drugim moim zarzutem jest przyjęta przez p. Hayakawę konwencja rysowania Sunako w formie chibi przez dobre 90% czasu całego anime. W normalnej postaci pojawia się ona w nielicznych sytuacjach – głównie patetycznych. A wielka szkoda, bo kreska strasznie dużo na tym traci... Rozumiem, oczywiście, jaki może być powód takiego zabiegu – myślę, że ma on zwrócić uwagę na momenty, kiedy z Sunako wyłania się prawdziwa dama... Ale w sumie chwyt jest trochę tani, dużo lepiej byłoby zrobić to w sposób realistyczny, subtelniejszy – czyli przez zmiany w mimice Sunako, w jej postawie czy w mowie ciała. Ale cóż, anime to anime, jest to dziedzina sztuki, która rządzi się swoimi prawami i nie jest to nic niespotykanego.
Podsumowując – „Perfect Girl Evolution” w swojej kategorii jest pozycją naprawdę godną uwagi. Autor nie sili się nawet na realizm, konsekwentnie tkwimy w świecie wyolbrzymienia i karykatury, w związku z czym można wybaczyć tu pewne niedociągnięcia. Dużo śmiechu i głupawki, mało refleksji czy wysiłku umysłowego w ogóle.

Ogólny werdykt: 4/5
  • awatar Gość: This is just the pecreft answer for all of us
  • awatar Gość: Bayrlalaa Antidub. Tathad uramtai ymaa iluu dutuu ym hum garj ireguhi erdoo l 2 click tegeel boloo ydaj bhad 3min hurehgui hurdan tatchih ym server ni sain bna shu THNKS. Ter tatah link ntr alga bna geed bgaa nohduud iim amarhan ym tataj chadahgui USAN tolgoitoi nuhduud ymuu haashaa ym
  • awatar johannak89: Świetne anime :D Oglądając je co chwilę miałam napady śmiechu
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
... albo po mojemu: słodkie pochrupajki
http://de.wikipedia.org/wiki/Choco_Crossies
Choco Crossies to genialny przysmak z Niemiec, który czasem udaje mi się zdobyć - ostatnio dostałam na Wielkanoc od mojej Gospodyni, której córka mieszka za granicą i przyjechała tu na Święta.
Pogrzebałam w przepisach, pogłówkowałam i oto moja wersja:

Składniki:
- 3 batony Mars
- 50g płatków kukurydzianych
- 50g masła
- 3/4 szklanki migdałów całych lub 1/2 szkl. płatków

Całe migdały pokroić na niewielką kostkę, oczywiście w przypadku płatków ten krok pomijamy
Następnie migdały uprażyć*.
Pokroić Marsy na mniejsze kawałki, roztopić je wraz z masłem w rondelku.
Dodać migdały i płatki**, wymieszać.
Nakładać łyżką na płaski talerz/blaszkę i schłodzić jakiś kwadrans w lodówce.

*... czyli "podsmażyć" na patelni BEZ TŁUSZCZU i tylko do koloru złocistego. Potem zacznie być wyczuwalny swąd spalenizny.
** Można też dodać trochę gorzkiego kakao albo np. kawy - na pewno będą mniej słodkie i zapychające.

Przepraszam za jakość zdjęcia - w pomniejszeniu wydawało się ostre, a nie mam możliwości zrobić nowego (wszystko zjedzone!). Blok po prawej też był dobry, ale przepis wymaga usprawnień i dopiero wtedy go wrzucę.
  • awatar Gość: You Sir/Madam are the enemy of confusion evhreweery!
  • awatar Gość: Aretlcis like this make life so much simpler.
  • awatar Gość: I much prefer infoamrtive articles like this to that high brow literature.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›